strona główna

część [1] [2]
 

STATYW,
czyli
Fotografia na Sztywno

Statyw, to ciągle dla wielu z nas - fotografujących, temat lekko uboczny. Wiadomo, że powinno się go posiadać, ale pieniędzy często brak, a jeśli coś wpadnie, to raczej inwestuje się w aparat, obiektywy, lampy, itp.
A statyw, to gdzieś tam okazyjnie w hipermarkecie. W końcu, jaka to różnica - każdy ma trzy nogi i podobnie wygląda.

A przecież tak, jak w każdej dziedzinie, o wszystkim decyduje najsłabsze ogniwo.
Nie pomoże wspaniała lustrzanka z jeszcze wspanialszym obiektywem, gdy wszystko to buja się na statywie przy byle większym podmuchu wiatru, czy też mocniejszym tupnięciu nogą w ziemię.

Ważne jest, aby statyw był, jak najbardziej sztywny i stabilny. Liczą się właśnie te kryteria, a nie kwestie materiałów z jakich statyw zbudowano. Pewnie wywoła to u niektórych zdziwienie, ale nadal istnieją firmy np. Berlebach, produkujące statywy, których nogi wykonane są z drewna. Znajdują one wielu nabywców, którzy twierdzą, że drewno jest w tej mierze lepsze od metalu, ponieważ lepiej tłumi drgania idące od strony podłoża. Jakoś nie mam podstaw, by im nie wierzyć...

Najczęściej do produkcji nóg statywowych stosuje się aluminium, lub jego szlachetniejszą odmianę - duraluminium.
Oczywiście postępu nie da się powstrzymać i do głosu doszły włókna węglowe, szalenie wytrzymałe, a przy tym lekkie.
Niestety ceny takich statywów mogą przyprawić o zawrót głowy.

Do produkcji głowic statywowych nadal niezastąpiony okazuje się poczciwy metal - mosiądz, aluminium, czy też w tych najdroższych - stopy magnezowe. Jeśli ma to być głowica pod ciężkawą lustrzankę klasy wyższej, powiem krótko - plastik wykluczony. Dlaczego? Dowiesz się tego w każdym solidnym i uczciwym sklepie foto, lub dalszej części, jeśli temat Cię nie znudzi.

Co do kupowania statywu - zawsze należy go rozłożyć, wyciągnąć w górę kolumnę i dopiero w tym położeniu sprawdzać jego sztywność i stabilność. Jeśli brakuje kasy i wahamy się, który brać z tych tańszych, to nie ma się co certolić, tylko rozłożyć sobie któryś z tych droższych by użyć go, jako odniesienie dla tych tańszych. Może się zdarzyć, że za stosunkowo małe pieniądze trafimy na sprzęt niewiele ustępujący tym trzy-, czterokrotnie droższym.

Im statyw cięższy, tym stabilniejszy, jednak gdzie znaleźć wolontariusza, który będzie to żelastwo za nami targał. Ideałem byłby model lekki w przenoszeniu, a robiący się ciężki po rozstawieniu. Namiastką tego jest wieszanie na lekkim statywie czegoś ciężkawego np. swej torby foto, chociaż nie tylko. Często po wielogodzinnym targaniu pancernego Manfrotto, sam miałem ochotę się na nim powiesić i skończyć tę katorgę.

W aparatach fotograficznych, gwinty statywowe występują w dwóch standardach - o średnicy 1/4" oraz 3/8". Te pierwsze są najbardziej rozpowszechnione w aparatach lżejszego kalibru tzn. małoobrazkowych, a te drugie w średnio- i wielkoformatowych, gdzie muszą przenosić większe obciążenia.
Ta sama zależność występuje na styku statyw - głowica. Oczywiście mam tu na myśli statywy mające możliwość wymiany głowicy.
Statyw mający przenosić duże obciążenia, posiada gwint 3/8" i koniecznie trzeba na to zwrócić uwagę przy zakupie  głowicy. Taka zależność ma np. miejsce w przypadku Manfrotto, którego posiadam, ale już do monopodu musiałem poszukiwać głowicy na gwint 1/4".
W przypadku konieczności wkręcenia śruby o średnicy 1/4" w gniazdo o średnicy 3/8", można dokupić specjalną nakrętkę przejściową. Istnieją dwa rodzaje takich nakrętek - wkręcane w gniazdo aparatu (drugie zdjęcie poniżej), i różniące się nieco budową (posiadają miękką podkładkę), nakręcane na śrubę.

I jeszcze tylko proste z pozoru pytanie - Czym właściwie jest statyw i do czego służy?
Już widzę Twój ironiczny uśmieszek - A cóż to za pytanie? Przecież wiadomo do czego rzecz ta służy - do unieruchomienia aparatu w celu wykonania nieporuszonego zdjęcia.
Proste i logiczne!
No dobrze! A jeśli położę aparat na ziemi, to czyż nie będzie on nieruchomy? Albo na ławce w parku? Czy też przykleję go  do drzewa taśmą klejącą, to czyż nie będzie unieruchomiony?

Czy to oznacza, że wszystko można nazwać statywem?

Statyw jest to przyrząd, pozwalający nam unieruchomić aparat w położeniu dokładnie takim, jakim my chcemy, a nie takim, jakie narzuca nam otoczenie.

Kto myśli, że statyw to zawsze trzy nóżki, a na nich jakaś tam głowica - ten w błędzie. Są urządzenia nie posiadające odnóży, a które pasożytniczo wykorzystują inne przedmioty po to, aby stać się pełnowartościowym statywem.
Istnieją również statywy o nieco odmiennej budowie, i dzięki temu przeuniwersalne. Mam tu na myśli produkty firmy Benbo.
W skrócie, są to cztery rurki wspólnie połączone jednym trzpieniem i zarazem blokowane jednym zaciskiem. Patent pochodzi z zakładów Vickersa, gdzie tym sposobem blokowano trójnogi stosowane pod karabiny maszynowe produkcji tejże firmy.
A były to początkowe lata ubiegłego wieku.
Firma Benbo nie zamontowała do trójnogu kaem-u, ale dołożyła jeszcze jedną rurkę pełniąca rolę kolumny statywu.
I powstała świetna rzecz, której niestety nie posiadam.
 

Ponieważ posiadam jednego cyfraka, a wypadało zademonstrować statywy z wpiętym aparatem, użyłem modelu z innej epoki, co prawda dwukrotnie cięższego (i czterokrotnie solidniejszego), ale za to o podobnych gabarytach.

 

 

 

Flexipod

To, że najmniejszy wcale nie znaczy, że najmniej ważny. Wprost przeciwnie - gdzie 5050 tam i tenże statywik. Jest to para nierozłączna.
Flexipody są sprzedawane w wersji, jak obok na zdjęciu, lub wyposażone w małą głowicę kulową. Pewnie lepszy ten z głowicą, i taki pewnie bym wybrał przy zakupie, gdybym nie to, że jest to gratisowy dodatek do torby fotograficznej.
Zresztą z początku potraktowałem tę rzecz pogardliwie i dopiero po czasie zacząłem go doceniać.
Każdą z nóg flexipodu można prawie dowolnie zginać, co przy kadrach poziomych praktycznie rekompensuje brak głowicy, a i przy kadrach pionowych jest mocno użyteczne.
Mała wysokość statywu nie jest przeszkodą, przecież nie musimy go stawiać bezpośrednio na ziemi. Sam wykonałem serię wieczornych zdjęć warszawskiej starówki, stawiając flexipoda na śmieciowych kubełkach, ławkach i tym podobnych elementach architektury.

 

 

 

 

 

Teleskopowy, nad wyraz użyteczny

Trafiłem go na giełdzie i kupiłem od ręki. Cena była korzystna, tym bardziej, że po krótkiej zabawie, użyteczność statywu mnie zachwyciła.
Podobnie, jak flexipod i ten statyw nie służy do w pełni ambitnych zastosowań, jednak i nie w tym celu go stworzono.
W stanie złożonym ma długość ok.20cm, tak więc nie jest trudnym do przenoszenia.
Sprawdza się w sytuacjach, gdy wybieram się w jakieś miejsce i jestem prawie pewien, że flexipod mi wystarczy. Ale jeśli mam wątpliwości, to nie mam wątpliwości, i to "prawie" sprawia, że zabieram ze sobą i tenże statyw.

Po rozłożeniu, statyw osiąga wystarczającą wysokość do spokojnego fotografowania, ale niestety - trzeba przed nim paść na kolana. Również nie można wówczas liczyć na jego niewzruszoność, zwłaszcza przy cięższym aparacie. Mam tu na myśli np. EOS-a 50E z batterypackiem i zoomem 70-300.
Olympus 5050 i również aparat pokazany na zdjęciu, nie robią na nim szczególnego wrażenia.

 

 

 

 

Standardowy

 Nazwałem go tak, ponieważ jego faktyczna nazwa i tak nic nikomu nie powie.
Jest to jeden z wielu tysięcy klonów krążących po świecie. Ten akurat pochodzi z Niemiec i tamże go wyprodukowano. Dawniej można jeszcze było takie kupić. Dzisiaj zalewa nas - Made in China.
Trochę mi szkoda przedwczesnego zakupu.
Te z Chin mają o wiele większą wartość kolekcjonerską. W końcu nie każdy może pochwalić się statywem, przy którego produkcji np. szesnastoletnia dziewczyna, pracująca dwanaście godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, przy stawce 15 centów na godzinę, straciła obie ręce.
Co za rarytas dla Europejczyka !

Ale czas wrócić do przedmiotu wyprodukowanego w kraju cywilizowanym.

Statyw, to połączenie cienkiego aluminium i tworzyw sztucznych. Wszystko to czyni go lekkim i tylko tyle. Nie idzie to bowiem w parze ze stabilnością i wytrzymałością. Przy rozłożeniu na maksymalną wysokość i dodatkowym podniesieniu kolumny, wpięcie ciężkiego aparatu można sobie darować.
Swego czasu rozstawiłem go w prawie szczerym polu, gdzie zza lekkiego pagórka wyłaniała się wieża zrujnowanego klasztoru. Wpiąłem EOS-a 50 z tele 300mm i wysunąłem kolumnę statywu, jak najwyżej w górę.
Zdjęcia nie dało się zrobić. Powiewał lekki wiatr i obraz w wizjerze ciągle się bujał. Po opuszczeniu kolumny było lepiej, ale kadr już nie ten.
To zdarzenie było przyczynkiem do rozejrzenia się za statywem z prawdziwego zdarzenia, o czym później.

Nogi statywu podzielono na trzy sekcje składane teleskopowo. Najlepszą stabilność można uzyskać w sytuacji, jak wyżej, tj. nie wysuwając ostatniej najcieńszej sekcji odnóży. Tyczy się to zwłaszcza cięższych aparatów, w przypadku 5050 i jemu podobnych, statyw można rozkładać wyżej.
Statyw fabrycznie jest wyposażony w głowicę tzw. panoramiczną, to również standart w tego typu modelach.
Duże udogodnienie to wyposażenie głowicy w szybkozłączkę. Jest to odpinana plastikowa płytka, którą przykręca się do gniazda statywowego w aparacie. Pozwala to szybko wpinać i wypinać aparat ze statywu. Przydaje się to w sytuacjach, gdy mamy już ustawiony kadr, ale chcemy jeszcze dla pewności pomierzyć światło w pewnych jego częściach. Można wówczas na chwilę wypiąć aparat, pomierzyć i wpiąć z powrotem, nie tracąc ustawionego wcześniej motywu.
Główną wadą głowicy jest materiał, z jakiego ją stworzono - tworzywo sztuczne. Nie neguję tutaj wytrzymałości plastiku, to fakt - często przewyższa on wytrzymałością metal, ale w jednym nadal mu nie dorównuje. - Czy ktoś widział plastikowe gwoździe?!
Mam tu na myśli zjawisko sprężystości. Tworzywo sztuczne, choćby najbardziej wytrzymałe, zawsze będzie bardziej sprężynować od litego metalu.
W przypadku głowic statywowych jest to bardzo dokuczliwe zjawisko, zwłaszcza w przypadku wykonywania większych zbliżeń. Im cięższy aparat, tym gorzej.
Ustawiasz precyzyjnie kadr, mocno blokujesz głowicę, puszczasz rączkę, a obiektyw i tak odjeżdża w dół. Po prostu plastik się poddaje. Kadrując taki motyw trzeba brać na to poprawkę i metodą prób i błędów wstępnie ustawiać obiektyw wyżej.
Delikatnie pisząc, potrafi to być mocno wkurzające.

Statyw posiadał korbkę, którą rychło wykorbkowałem do domowej szuflady.
Sama korbka statywowa ma chyba tyle samo zwolenników, co przeciwników. Jedni lubią dystyngowane korbkowanie, a inni prostackie wyciąganie kolumny łapskiem. Cóż, ja należę do tych drugich, co to wolą proste, acz praktyczne rozwiązania.
Owszem, studio, jakiś tam Hasselblad czy też inna Mamiya - wówczas statyw z korbką, jak najbardziej. Ale przy tej klasie sprzętu, a zwłaszcza jego ciężarze to zwykłe gadżeciarstwo.

 

Końce odnóży statywu wyposażono w metalowe kolce, na które wkręcono gumowe nakrętki.
Kolce pozwalają zaprzeć się na śliskim podłożu, pod warunkiem, że nie jest to lśniący nowością parkiet w domu znajomych - wówczas należy kolce schować.

 



W sumie statyw wielce użyteczny, ale przede wszystkim pod lekkie aparaty. Przy użytkowaniu lustrzanki wyższej klasy z takimże obiektywem, zakup statywu tego typu, to zwyczajnie strata pieniędzy.
W czasach, gdym używał EOS-a, statyw, ku uciesze pająków, leżał zapomniany, gdzieś w kącie. Obecnie wrócił do łask, ale tylko za sprawą lekkiej wagi 5050 i lekkości samego statywu, co docenia się dopiero po przejściu kilkunastu kilometrów.

 

strona główna                                                                  część 2